bo stałam sie Innym Człowiekiem. Człowiekiem Dobrym. Człowiekiem Zrównoważonym. Człowiekiem Sprawiedliwym.
W takim stanie nie da się pisać, bo się po prostu nie ma do czego dowcipnie i sarkastycznie dopieprzyć, epatując erupcją erudycji. A może ejakulując elokwencją.
No nie wiem, Inny Człowiek po prostu nie znajduje w tym takiej dobrej rozrywki. Woli konkretne gadanie i działanie niż enigmatyczne popisywanie się i tekstów z wyżyn głębokiej-psychiki-i-wrażliwości autora, o, przepraszam, Autora!
Autor!
Jako rzecze człek mądry - albo się pisze o życiu, albo się żyje
Póki co skupiam się na tym drugim.
To fajne.
A literatura światowa... no cóż... jakoś beze mnie da radę, nie?
Nie??
Kicia, z racji swej antypostury zwana Kluską, rozmnożyła się jakoś niedługo po Wielkanocy. Dziecięta jurne i zdrowe, same dziurki, czyli córki. Właśnie odbywają szkolenie z obrabiania myszy.
Konkretnie bawią się w "podrzucajmy i szarpmy jeszcze ciepłe mysie zwłoczki, aż p a n i wdepnie w te resztki i się zerzyga".
Bardzo rozwijająca konkurencja. Ćwiczy ich zręczność a moją muskulaturę zwieracza przełyku.
Jednakowoż wzruszajace jest to, że jedną taką uduszoną niebogę dostały dzieci Kluszczyne, a drugą JA.
Została mi spuszczona na stopę podczas gry na kompie. Towarzyszyło temu zachecające pomrukiwanio-gruchanie kocie.
Czyżby był to przytyk do mojej niskiej aktywności fizycznej?? Czy powinnam zacząć żonglować tym futrzastym małym denatem w celu spalenia zgromadzonych zasobów tanki tłuszczowej?
Ach, kogóż zapytac, któż poradzić zdoła!
but just the passing phase!
Kto zna, wie o czym mowa.
Umieram powolutku. Jak każdy. Może nawet na boreliozę, ostatnio zarysowała sie szansa, tłusta i wypasiona, o kształcie uroczego rumienia wokół ukąszenia Iodexyji jakowejś, zapewne łąkowo-polno-plenerowej! Ale znam tyle o wiele gorszych sposobów umierania - oczywiście dostępne mi są pewne wyobrażenia jeno, głównie z rozległej lektury, nie z auto eksperymentów, acz raz... o tak! raz spagetti z główką surowego czosnku dało mi za sprawą podrażnionych organów wewnetrznych, alias flaczków moich drogich, jak też obniżonego skrajnie ciśnienia przedsmak tego, czym ewentualnie umieranie być może i czemu ta eksperiencja lubą memu sercu i umysłowi nie jest.
Ale nim otrzecie zabłąkaną w kąciku oka łzę żalu, niechże zabłyśnie nadziei gwiazdka skromna!
Czyż mogłabym opuścić mnogie kilogramy (może już to nie kilogramy, a tony...?) mych włóczek, skrzętnie zgromadzone na strychu?? Czyż mogłabym opuścić WAS? Czytelnicy moi wierni?! Wszyscy pięcioro??
Nigdy!
Takoż i postaram się pożyć jeszcze.
któż to zgadnie, któż to wie, czemu najlepiej mi się dobija do dna
Kronos Quartet, oryginalną wersją z RFTD
i walcem Chaczaturiana, Walczykiem z Maskarady, tralala!
Teraz słucham. Szkoda, że te kiepskie wykonania słabiej dobijają!
Pomyślę jutro jak się dobić lepiej.
Scarlett O'Feri